Menu

MACIEK

W jednej chwili zawalił się mój świat.

Fosforyzujące białe światła reflektorów, czarny samochód, pisk opon i przesuwające się w ślimaczym tempie, niczym fotografie w albumie, klatki rzeczywistości. Cisza, paraliż i wreszcie łomot ciała mojego męża o asfalt. I... cisza!

Ludzie odskakują, po chwili podbiegają, pojawiają się przede mną nieznane twarze, domyślam się, że krzyczą, ale nie słyszę nic, nie czuję nic, nie mogę się ruszyć.

Wreszcie otrząsam się z paraliżu i gnana strachem, paniką i złym przeczuciem, odtrącam tłum i dopadam Maćka. Jego, nienaturalnie powyginane, umazane krwią ciało, leży bezwładnie na szarym, mokrym od deszczu chodniku.

- Maciej! Maciek!

Ludzie niechętnie się odsuwają, robiąc mi miejsce. Nie wiem, czy Maciek mnie słyszy, nie wiem czy jeszcze jest TU, czy może już TAM. Nie wiem jak to się dzieje, ale instynkt podpowiada mi co mam robić, choć jeszcze przed sekundą byłam taka bezradna, taka zbędna. Rzucam się na kolana, szukam pulsu i jednocześnie krzyczę:

- Dzwońcie po karetkę! Wezwijcie kogoś!

Miarowo uciskam mostek i co rusz wdmuchuję powietrze w płuca człowieka, którego kocham najbardziej na świecie. Jestem cała mokra, ze zmęczenia, strachu i złych myśli, które rodzą się w mojej głowie.

A Maciek nadal nie daje znaku życia, nadal go nie mam. Niespodziewanie czyjaś ręka zdecydowanym, a jednocześnie pełnym współczucia ruchem odsuwa mnie n bok. Nie wiem co się dzieje, kto to jest, jakim prawem zabiera mi Maćka, jakim prawem karze mi odejść... Wreszcie dociera do mnie, że nad mężem pochyla się sanitariusz, a może lekarz... Nie ma to znaczenia, bo wiem, że ten człowiek ma większą władzę nad życiem niż ja.

I choć nadal klęczę obok, nie pytam o nic. Maseczka z tlenem przykrywa ukochaną twarz i powoli dociera do mnie, że mój mąż jest TU. Tylko co to znaczy?

Karetka odjeżdża na sygnale, a ja otumaniona nawet nie wiem w jakim kierunku pojechała, nie wiem co powinnam, co mogę teraz zrobić. Ludzie się rozchodzą i zostaję sama, porzucona na twardych betonowych płytach.

Czuję na sobie czyjeś spojrzenie, ale nie mam siły podnieść głowy. Szczupła, śniada dłoń z dziwnym zielonym pierścionkiem na serdecznym palcu podaje chusteczkę i pomaga dźwignąć się z klęczek.

- Zawiozę panią do szpitala.

Nie mówię nic, nie mam siły, kiwam tylko posłusznie głową i pozwalam się zawieść do pobliskiej, pachnącej środkiem do dezynfekcji szpitala. Maciek gdzieś tu jest, a ja nawet nie wiem jak mam go szukać.

Właścicielka zielonego pierścionka zadaje kilka pytań kobiecie za ladą izby przyjęć i wlecze mnie pod szklane mleczne drzwi, za którymi trwa operacja. Siada obok i nawet nie wie, jak jestem wdzięczna za to, że jest.

Wreszcie wychodzi młody, szczupły lekarz, który mam wrażenie mógłby być moim synem;

- Pani jest żoną?

- Tak. Co z nim?

- Jest po operacji, stan ciężki, ale...

-Ale będzie żyć?! - Pytam naiwnie jak dziecko usiłujące dowiedzieć się, czy święty Mikołaj istnieje i czy w tym roku też przyniesie prezenty.

- Nie wiem, tego nie wiem.

Zapadam się w sobie i pozwalam by kolejne dni płynęły gdzieś obok mnie. Krążę po orbicie, którą wyznaczają dwa punkty: dom i szpital. Nie jem nic, nie maluję się, nie myślę o niczym innym. Szpital, zapach leków, wenflony, kroplówki , gips i bandaże, zapadnięta twarz męża stają się moją nową rzeczywistością.

Maciek bywa i znowu wymyka się. Toczy nierówny bój z chorobą i białym światłem w tunelu, które wabi go swoim ciepłem. Szpital staje się naszym domem, naszą traumą i jedyną nadzieją.

Mijają dni, a je nadal nic nie wiem. Czuwam.

Kolejne tygodnie sprawiają, że myślę o sobie inaczej. Przestaje się liczyć wszystko inne, wystylizowany dom, jedwabne sukienki, praca, marzenia i przyjaciele, których z dnia na dzień, jest coraz mniej. Okazuje się, że dla wielu znajomych przyjaciel w potrzebie stał się tylko bolącym wrzodem na tyłku. Zostaję coraz bardziej sama i ze zdziwieniem odkrywam, że nie jest mi z tym źle. Byle tylko Maciek był przy mnie.

Nadchodzi kwiecień, śpiew ptaków i aromat zielonej trawy zaprasza do ogrodu. Niebo staje się coraz bardziej błękitne, a z ciała Maćka powoli znikają bandaże i gips. Zaczynamy powolną rehabilitację i stawiamy wspólne pierwsze kroki. To znaczy stawiam je ja, a Maciek na mnie wisi usiłując zrobić cokolwiek.

Budzi się we mnie nadzieja, choć nie wiem jak poradzę sobie z kalectwem męża na co dzień. Człowiek, który spowodował wypadek usiłował się ze mną kontaktować, ale nie chcę go widzieć. Jego głupota i wypity wcześniej alkohol odebrały mi wszystko.

Poniedziałek.

Wracamy do domu!

Do naszej miękkiej kanapy, kotki Kici-kici i ciepła kominka. Jest cudownie. Siedzimy pod wspólnym kocem i nie wierzymy, że szczęście i miłość mogą być takie proste i potrzebować tak niewiele.