Menu

Święta na końcu Świata

Kolejny dzień podróży. Pobudka przy stacji benzynowej. Tym razem szczęście sprzyja. Toaleta jest, na śniadanie herbata oraz bułka. Punkt, do którego chciałbym dotrzeć, to Usuhaia, według przewodnika: najdalej wysunięte na południe miasto świata. Telefon wyświetla datę 24 XII, wiec „Pokój ludziom dobrej woli”. Trafia się pierwsza okazja. Już wierzę, że coś w magii Świąt być musi. Jadę blisko sześćset kilometrów. Po czterech godzinach docieramy do stacji, gdzie sobie nawzajem życzymy najlepszego. Po godzinie machania, siedzę w aucie i wiem, że Wigilię spędzę w ciepłym hostelu, po pysznej kolacji. Kierowca milczący, za to ubóstwiający argentyńską odmianę Ich Troje. Mimo małomówności mocno bije od niego zwykła ludzka życzliwość. Szczęśliwie docieramy do Rio Gallego. Spacer po mieście nie budzi emocji większych niż ten po mojej rodzimej Iłowej, ale śmieję się sam do siebie, bo przecież się udało. Są dwa lokale, ale najpierw kafejka internetowa. Telefon do rodziców, którzy są już dobre cztery godziny po kolacji, kilka zdań z przyjaciółmi i tak mija godzina. Ruszam. Azymut: restauracja, cel: wołowina i gwałt na żołądku.

Tymczasem miasto jakby podumarło. Wszędzie świąteczne dekoracje, świąteczne nastroje, ale… chyba jako jedyny szukam restauracji. Stało się to, czego się obawiałem. Wigilia. Zamknięte. Wskaźnik humoru spadł.. Zadowalam się zakupami w ostałym supermarkecie i gnam do mojej szopki celebrować nadchodzące narodziny Jezusa. Pierożki w sosie pomidorowym nie zastąpią tradycyjnej dwunastki, wreszcie jednak zjadam obiecaną kolację. O północy gospodyni daje każdemu butelkę szampana, taka wigilijna tradycja. Jeden dzień, a tyle szczęścia. Pierwszy dzień Świąt. Dzisiaj, bez oszukiwania, humor na średnim poziomie, ale cel: Ushuaia. Koniec świata.

Po dziesięciu godzinach oczekiwania człowiek traci wiarę w to, w co wierzył niedawno. Widzę kątem oka moją szopkę, taką najprawdziwszą, na miejskim stadionie, miejsce mojego dzisiejszego noclegu, bo nie poddam sie aż do końca.. Stary sedan, w środku pięć osób. I ja. Zabierają mnie kilkadziesiąt kilometrów, do granicy. Dziękuję najlepiej jak umiem i kieruję się do punktów granicznych. Jestem w Chile!

Tyle że co? Do Usuhaii nie dojadę, ruch żaden, pogoda podobna. I wtedy nadjechał mój wybawca, Boliwijczyk na argentyńskich blachach jadący tam gdzie ja. Tym razem bariera językowa nie przeszkadza – ile potrafimy gadać, gadamy, a jak się nie da, to na migi, skojarzenia. Amigo parkuje ciężarówkę na poboczu, gotujemy! Do cud-gara wrzucamy parówki, zupkę w proszku, groszek, bulion i makaron. Tak sobie na butli gazowej puka ta nasza zupka i po kwadransie jemy z jednej michy. Pierwszy dzień Świąt. Z dala od rodziny i przyjaciół, na poboczu drogi, gdzieś na końcu świata. Ale czy można powiedzieć, że gorszy?

Tego człowieka, najżyczliwszą postać w całej trzymiesięcznej podroży, doskonałego towarzysza i rozmówcę zapamiętam na całe życie. Jego i niesamowite Święta dwanaście tysięcy kilometrów od domu.