Menu

Mały chłopiec

Pewnego razu, mały chłopiec grał z kolegami w piłkę. Miał osiem lat ale niestety trochę za dużo kilogramów jak na swój wiek. Choć nie był jakoś strasznie gruby, przeszkadzało mu to w grze, więc co raz przystawał zasapany i smutny, ponieważ nigdy, nawet gdy było już blisko, nie mógł strzelić gola. Albo zabrakło tchu, albo ktoś biegł szybciej, albo bramkarz był sprytniejszy. Koniec końców koledzy brali go do drużyny tylko wtedy, gdy byli w dobrym humorze. Kiedy humory były złe, a wola zwycięstwa ogromna, drużynę kompletowano według innego klucza - za wolny, za gruby. Nie nadawał się.

Pewnego dnia chłopiec bardzo liczył, że uda mu się zagrać, ale kapitan podjął inną decyzję. Dzisiaj nie on wchodzi w skład. Wrócił więc na ławkę na podwórku i tak siedział smutny patrząc w przestrzeń. Nagle dosiadła się do niego pewna starsza pani. Zapytała, co go trapi, więc opowiedział jej o swoich rozterkach. Pani natychmiast dała mu radę, powiedziała:
- Pomyśl sobie, że każdy twój smutek to taka malutka kromka tostowego chleba. Żeby go pozbawić mocy trzeba ją najlepiej opiec, a jak już wyskoczy gotowa z tego opiekacza, trzeba ją po prostu schrupać. Najlepiej zjeść taki smutek i o nim w ogóle nie myśleć.

Chłopiec się zastanowił. Pomysł spodobał mu się od razu, więc postanowił, że tak właśnie zrobi. Od tego dnia, przez wiele miesięcy, każdy swój smutek zajadał opieczonym tostem, myśląc że ten problem niczym kromka zniknie w brzuchu i przepadnie na wieki. Nie wiedział, że pani która przysiadła się do niego była wyjątkowo nieszczęśliwym człowiekiem. Mało co w życiu jej wyszło, a frustracja zatruła myśli. Tacy ludzie często myślą, że są najmądrzejsi na świecie i chętnie rozdzielała rady na lewo i prawo. W ten sposób przelewała swoje niepowodzenia na wszystkich dookoła.

Nasz bohater nic o tym nie wiedział, więc wziął pomysł za dobrą monetę. Zaczął zjadać tosty niczym smutki, myśląc, że znikną w ogóle. Trwało to długo, dużo za długo. Z kilku kilogramów zrobiło się kolejne kilka, a później kilkanaście. Im ich było więcej, tym przybywało problemów. Teraz już głównie siedział na ławce, bo przecież ani nikt nie chciał z nim grać, ani on nie miał siły, żeby biegać za piłką.

I gdy tak pewnego dnia rozmyślał o wszystkich swoich smutkach dosiadł się do niego starszy pan. Dziarski i uśmiechnięty, który przede wszystkim zamiast mówić lubił słuchać. Pewnie wiedział, że w życiu najlepsi mówcy to ci, którzy częściej słuchają niż mówią. Zapytał chłopca o jego smutki, a kiedy ten zobaczył w mądrych oczach spokój i współczucie, wiedziony tajemniczą siłą, postanowił mu się zwierzyć. Dziarski staruszek słuchał z wielką uwagą. Zadumał się i popatrzył w dal. Chłopiec dostrzegł, że nie próbuje mu od razu doradzać i tłumaczyć co musi, lub co powinien, dlatego po cichu powiedział:
- Nie wiem co zrobić.
- Odwrotnie. Zrób odwrotnie - szepnął staruszek, jakby zdradzał wielki sekret.
- Odwrotnie?
- No tak. Teraz zamiast zjadać każdy smutek zamieniony w tost, zacznij zjadać szczęście. Każdą miłą chwilę, którą przeżyjesz i którą będziesz mógł nazwać szczęściem, zamień w tost. Ale pamiętaj, ludzie szybko się do szczęścia przyzwyczajają i nie potrafią się nim cieszyć, bo chociaż ono jest, oni go nie czują. Dlatego zawrzyj z nim umowę.

Chłopiec patrzył zdziwiony, bo nigdy nie słyszał o umowach ze szczęściem, ale staruszek nie przejmował się otwartą ze zdziwienia buzią i lekko wątpiącymi oczami, na których już obeschły małe łzy. Mówił dalej:
- Niech ten tost zawsze wygląda jak żagiel, żeby napędzał cię do szukania kolejnych szczęść niczym żagiel łódkę.

A więc od tego czasu chłopiec miał przecinać tost na skos, żeby robił się z niego żagiel i każde szczęście zamieniać w taką małą chrupankę. Metoda okazała się skuteczna. Chłopiec szybko odkrył, że chodzi głodny, bo szczęścia jest mało.

Jednak po kilku dniach zorientował się, że zaczyna go szukać. Robił to trochę z głodu, trochę z sympatii do staruszka. Chwile szczęścia zaczęły się pojawiać. A może zawsze były, tylko on ich nie zauważał? Jedna napędzała drugą, poprawiał się humor i kondycja. Po kilku tygodniach znowu spotkał dziarskiego staruszka. Ten zapytał jak mu idzie. Chłopiec krzyknął radośnie:
- Jest dobrze! Zjadam dziennie już nie jedno, ani nie dwa, ale nawet cztery szczęścia! Wtedy starszy pan powiedział mu:
- Żeby szczęście kwitło w twoim sercu, musi być różnorodne. Zacznij ze szczęścia komponować kanapki.
– Jak to? - zapytał chłopiec.
– No po prostu. Jeśli przydarzy ci się coś przyjemnego poczekaj na kolejny uśmiech szczęścia. Jeśli znowu zdarzy ci się coś przyjemnego, zamiast żagielka, który po prostu połkniesz, dołóż do niego jeszcze plasterek rzodkiewki, pomidora albo innego warzywa. Ważne, żeby miało pogodny kolor albo uśmiechnięty okrągły kształt. Jeśli znowu przydarzy się coś fajnego, narysuj na żagielku z rzodkiewką uśmiechniętą buźkę z malutkiej porcji keczupu. Kiedy sam żagielek będzie wyglądał jak najszczęśliwszy okręt świata, po prostu go schrup.

No więc chłopiec zaczął komponować szczęście. Szczęście z warzyw szczęście z żagielka, szczęście z keczupu. Dziwnym trafem okazało się, że zamiast zjadać 10 całych tostów dziennie, zjada trzy połówki; bardzo zdrowe z warzywami, uśmiechnięte i niesłychanie smaczne. Znowu zaczął grać w piłkę, od czasu do czasu strzelał gole, a gdy ktoś go zapytał co najbardziej lubi robić, odpowiadał:
- Szukać szczęścia. Każdy chce znaleźć szczęście, więc ludzie często pytali go, na czym to polega.
- Mam w domu całą aparaturę do uszczęśliwiania serca i rozumu - odpowiadał. Natychmiast pojawiło się drugie pytanie:
- A cóż to jest za aparatura?
– Szczęście produkuje się w lodówce, gdzie trzyma się warzywa. W tosterze gdzie robi się tosty i w czajniku, gdzie gotuje się wodę na pyszną herbatę żeby można było je popić :)

Smacznego!