Menu

Jak brzydka kawalerka zatrzymała mnie w Polsce

Policzyłam. Do dnia dzisiejszego mieszkałam w 13 różnych mieszkaniach. Trzech miesięcy pod namiotem nie liczę, bo ta trzynastka wydaje mi się poniekąd magiczna. Szukając dla Was Dobrej Historii, napotkałam we wspomnieniach istną antologię tragikomicznych zdarzeń i dokumentację zwrotnych momentów w moim życiu. Nie miałam pojęcia, ile można zaleźć skarbów we własnym domu!

Przesłuchałam w pamięci wielu kandydatów do Dobrej Historii. Pierwszą, z PRL-u o wyrwanej podczas porodu łopatce mojej mamy, prasowanej gorącym żelazkiem przez tatę w bloku na warszawskiej Woli, odrzuciłam. Następną o małej Elisce, amerykańskiej Rosjance schowanej pod naszym pierwszym stołem na obczyźnie, która wyjadała cukier z rodzinnej cukierniczki, także. Brałam też pod uwagę, aby opisać, ilu krewnych z Polski mieszkało z nami w „jednorodzinnym” domu przy ulicy Weneckiej pod Detroit, skąd razem z bratem uciekaliśmy przez okno w upalne letnie wieczory, by grasować po pustych przedmieściach, na które amerykańskie dzieci nigdy nie wychodziły bez opiekunów. Ale, nie. To historia o amerykańskich osiedlach podmiejskich, nie o domu. Choć uśmiechnęłam się wspominając ścianę nad moim łóżkiem w akademiku na University of Michigan w Ann Arbor, udekrowaną plastikową kompozycją z łyżeko-widelców ze stołówki, to uznałam, że to jednak nie był prawdziwy dom. Zresztą mieszkałam tam krótko, za to dłużej w żółtym segmencie obok akademika z sześcioma studentami, którzy nauczyli mnie grać w pokera, a jeden przez sześć miesięcy nie mógł się przemóc do sprzątania. Gdy wreszcie zaczął, natychmiast popadł w skrajność i do dziś mieszka jak asceta w kompletnie sterylnych warunkach. Ale właściwie kogo obchodzą początki samodzielnego życia studentów amerykańskich? Rozważyłam więc historię z następnego domu w tym miasteczku uniwersyteckim, w którym trzymałam bystrego szczura Sygmunda Floyda. Floyd, znanym tylko sobie sposobem, wychodził w nocy z akwarium i gryzł mnie po stopach by pochwalić się ucieczką, a następnie wyruszał upolować świnkę morską mojej współlokatorki. Ale pomyślałam, że najlepsze historie mam z Kalifornii, gdzie po studiach mieszkałam z DJami i organizatorami rave’ów oraz zbiegla przed prawem masażystką. Tam, w ogródku, stała kamienna mikro-fontanna z prawdziwą wodą z Nilu, przwożoną co roku z Egiptu przez właściciela naszego mieszkania oraz... lokalnego sklepu magicznego. No koniec jednak odrzuciłam i tę opowieść na rzecz pierwszego mieszkania, do którego wprowadziłam się po powrocie do Polski. Ten dom, a właściwie kawalarka na partnerze na warszawskich Bielanach stał się dla mnie miejscem przemiany. Na tamtych 25 metrach Amerykanka polskiego pochodzenia postanowiła nauczyć się języka polskiego i zostać w kraju, który wcześniej miał dla niej znaczenie wyłącznie anegdotyczne.

Czy ta kawalerka była aż tak wspaniała? Ależ skąd. Zwykły pokój z kuchnią, starą wanną i kratami na oknach z widokiem na śmietniki. Do tego, w ramach kolejnego poronionego wysiłku z zakresu dekoracji wnętrz (tuż po tych plastikowych sztućcach w akademiku) postanowiłam rozweselić przestrzeń malując wnękę sypialną na taki odcień pomarańczy, że do dziś szczypią mnie oczy, gdy o nim myślę. Więc nie, to nie uroda tego mieszkania zmieniłą tory mojego życia. Raczej sama przeprowadzka.

Jak wynika ze wstępu, losy emigrantki przedłużone typową amerykańską tułaczką studencką oswoiły mnie z przeprowadzkami. Nauczyłam się w Ameryce, że udział przyjaciół w takim przedsięwzięciu jest prawdziwym dowodem bliskości. Zwłaszcza, że mało kto z nas młodziaków miał wtedy samochód, więc niektóre przeprowadzki wykonywaliśmy defilując przez miasteczko akademickie z lampą i walizką pod ręką. W te i nazad, po kilka razy. W takich korowodach każdy tragarz był bezcennym ogniwem. By zmotywować znajomych do pracy, na zakonczenie projektu zawsze odbywała się uczta na miarę możliwości gospodarza. Na studiach, to były sześciopaki piwa zagryzane pizzą bez dodatków. W San Francisco, gdy Darrenowi pomagałam wnieść jego bagaże do całkiem cudnego mieszkania, godnego współsprawcy tamtejszej bańki internetowej, nagrodą był obiad przy świecach w szykownej knajpie. Bez względu na majętność gospodarza, rekompensata zawsze była „wypłacana”.

Ta zasada dotyczyła właściwie większości interakcji przyjacielskich. W moim doświadczeniu, Amerykanie skrupulatnie pilnowali wzajemności i równowagi w relacjach. Ten bilans był niepisaną księgowością życzliwości, pomocy, wsparcia a nawet kolejności dzwonienia do siebie, zapraszania i wymyślania rozrywek. Myślałam, że tak w życiu jest we wszystkich ważnych życiowych relacjach, aż do momentu mojej pierwszej przeprowadzki po powrocie do Polski.

Najpierw zamieszkałam u mamy, kochanej i troskliwej ale jednak mamy, więc nie udało mi się długo wytrzymać. Wynajęłam taniutkie mieszkanie i ... ocknęłam w kraju, w którym nie miałam jeszcze przyjaciół do pomocy. Zamartwiałam się po ciuchu, nie dając po sobie poznać. W redakcji Aktivista, mojej pierwszej poważnej pracy w kraju, byłam na tyle nowa, że nie wypadało prosić o przysługę koleżanek i kolegów, z którymi zresztą ledwo się dogadywałam swoim łamanym polskim. Mamie się nie przyznam. Trudno. Trzeba będzie samej dać sobie radę. Nie takie rzeczy! Oznajmiłam mamie, że to już, za kilka dni się stanie i zaczęłam robić pompki na dywanie, gdy tylko wychodziła z pokoju.

W poranek przeprowadzki, po kanapkach i herbatce wydanej przez mamusię, zadzwonił dzwonek do drzwi. Wparowali mój brat rodzony i cioteczny, a nawet kumpel ciotecznego, z którym jadłam nie jedną kiełbaskę na działce podczas wakacji emigrantki w ojczyźnie. Przenieśli mnie w błyskawicznym tempie z malowaniem ścian włącznie i zaczęli zbierać do wyjscia. Jak to, panowie? Już? Przecież teraz moja kolei. Ja was nakarmię! Napoję! Już lecę do sklepu! Popatrzyli zdumieni. Co ty, siostra świrujesz? Podeszli do mnie, po kolei przytulili. Przecież jesteśmy rodziną. Pomagamy sobie. Cieszymy się, że do nas wróciłaś.

Od tej pory przenosiłam się jeszcze trzy razy, ale wszystkie kolejne mieszkania były w obrębie stolicy. Tamtego dnia, gdy rozpakowywałam swój ekspres do kawy, książki, sprzęt grający i ubrania uświadomiłam sobie, że tak samo jak mną, moi bracia opiekują się naszymi babciami, podwożą do lekarzy i kościoła, wpadają do ich w środku dnia, żeby zrobić zakupy i wyrzucić śmiecie. To jest chyba najważniejsza różnica między moją Ameryką a moją Polską. W USA żyłam z ludźmi, dla których rodzina była wyłącznie obowiązkiem świątecznym. Nic w tym złego, po prostu inaczej. Tam „rodzina“ to najczęściej najbliższa paczką przyjaciół, z którymi się mieszka i wspiera,  przeżywa i dzieli najważniejsze momenty. Gdy odkryłam, że w Polsce mogę mieć i przyjaciół i troskliwą, wspierającą rodzinę, zrozumiałam, że nie ma się co dalej tułać po świecie. Wszystko co najlepsze, jest tu.